środa, 24 października 2012

Chapter IV


Przedzieramy się przez tłum dziennikarzy, jednocześnie starając się odpowiadać wymijająco na pytania. 'Co na to Twoja rodzina?', 'Cieszysz się, że możesz reprezentować swój dystrykt?', 'Dlaczego trzymacie się za ręce, to coś więcej, czy tylko przyjacielski gest?', 'Jak myślisz, co się będzie działo na arenie?', 'Dlaczego wybrali akurat Ciebie?'. Czego oni ode mnie oczekują? Jak mam odpowiadać na te pytania, skoro na większość z nich nie znam odpowiedzi? Najchętniej zaszyłabym się teraz na jednej z gałęzi ogromnego drzewa za moim domem, jak to zwykle robiłam, kiedy chciałam uciec od problemów. Nie minęło wcale tak dużo czasu, a mi już zaczyna doskwierać brak rodzinnego ciepła, mojego domu. Nie ma już rodziców, którzy starali się mnie wspierać. Nie ma Ro, która zawsze potrafiła mnie rozbawić. I nie ma Freya, który śmiał się ze mnie, kiedy z paniką w oczach uciekałam przed zwierzętami, a kiedy on jeszcze żył.
Nicholas ściska mocniej moją rękę, dodając mi otuchy.Właściwie gdyby nie on, to pewnie już dawno uciekałbym stąd z wrzaskiem. Zakładając oczywiście, że Strażnikom Pokoju jakimś cudem nie udałoby się mnie zatrzymać.
W końcu dochodzimy do jakiegoś dużego budynku, gdzie wchodzimy, zostawiając za sobą tłumy wścibskich dziennikarzy.
Osuwam się po ścianie na podłogę i oddycham z ulgą. Wreszcie koszmar się skończył. O ile można to nazwać koszmarem, wiedząc, że mam trafić na arenę. Niezbyt lubię przebywać wśród ludzi. A to sporo wyjaśnia, biorąc pod uwagę fakt, że nie mam praktycznie żadnych znajomych. Nikt oprócz najbliższej rodziny nie przyszedł się ze mną pożegnać. Ale wcale się im nie dziwię. W końcu kto chciałby znać taką ciamajdę, jak ja? W tych czasach na świecie liczy się siła i wytrwałość, na słabeuszy nikt nie zwraca uwagi.
- Złotko, radzę Ci się do tego przyzwyczaić, bo w najbliższym czasie nie będziesz miała zbyt dużo czasu na ukazywanie swoich słabości w ukryciu. - Mówi do mnie Tracy, po czym rozgląda się po przestronnym holu i marszczy idealne, błękitne brwi. - Daję Wam trochę wolnego czasu, a tym czasem idę poszukać Gerarda. Ten lekkoduch kiedyś doprowadzi mnie do szału. Nigdy go nie ma, kiedy jest potrzebny. A przecież trzeba przygotować stroje dla naszych trybutów! - Odchodzi z gracją, wciąż mrucząc coś pod nosem.
- Możemy poczekać w tym pokoju. - Przerywa ciszę jeden ze zwycięzców i wskazuje na pobliskie drzwi.
Wchodzimy tam i siadamy na sofach, po dwóch stronach misternie rzeźbionego stolika.
- Czekają nas w najbliższym czasie ciężkie dni. Ale możecie być pewni, że dołożymy wszelkich starań... - Wciąż mówi, jednak ja przestaję go słuchać. Wyłapuję jeszcze tylko ich imiona. Imiona dwóch dotychczasowych zwycięzców dziesiątego dystryktu - Ranulf oraz Marsilia. Później już kompletnie wyłączam się z rozmowy. Podkulam nogi, opieram głowę o kolana i zaczynam płakać. Boże, Ci ludzie pewnie mają mnie za zwykłe dziecko, które płacze, kiedy tylko nadarzy się okazja. Chociaż nie mam im tego za złe, bo przecież tak właśnie się zachowuję. Jeśli przetrwam chociaż godzinę na arenie, to powinnam być z siebie dumna.
Nagle drzwi do pokoju się otwierają, więc wracam do rzeczywistości. Staje w nich Tracy, a zaraz za nią wysoki i dość dobrze zbudowany mężczyzna. Zakładam, że jest nim Gerard, nasz stylista, skoro to jego poszła szukać.Na mój widok Tracy kręci głową z politowaniem. Właściwie to jej współczuję. Dostała się jej pod opiekę taka oferma jak ja.
- Dostałam wiadomość od prezydenta. Przygotowania do Parady Rydwanów mamy odłożyć na jutro. Ale nie martwcie, to korzystna zmiana. Jest już dość późno, a Wy z pewnością jesteście wyczerpani. Nicholasie, Amice, chodźcie za mną, zaprowadzę Was do pokoi. - Zarządza, po czym odwraca się w stronę korytarza. Gerarda już tam nie ma. Określenie go lekkoduchem było jak widać trafne.
Podążamy za Tracy na sam koniec korytarza, do windy. Wyjeżdżamy na dziesiąte piętro, po czym stajemy przed parą drewnianych drzwi.
- Tutaj jest Twój pokój, Amice. A ten jest Nicholasa. - Wskazuje na drzwi ręką. - Ja muszę natychmiast wracać na parter odebrać ważną wiadomość. Ale myślę, że już sobie beze mnie poradzicie.
Nie czekam, aż skończy mówić. Po prostu otwieram drzwi i z trzaskiem zamykam je za sobą. Może i było to niegrzeczne, ale przecież i tak nie mam nic do stracenia. Zaglądam do ogromnej garderoby i wyjmuję z niej coś, co przypomina piżamę. Zwykły, czarny podkoszulek oraz szorty w tym samym kolorze. Następne czynności wykonuję już machinalnie. Wchodzę do łazienki, biorę prysznic, aż w końcu opadam na łóżko. Tym razem nie płaczę. Od razu zasypiam.

Znów przed czymś uciekam. Nie jestem jednak wystarczająco szybka i zostaję popchnięta na ziemię. Przed moimi oczami pojawia się Snow, a zaraz za nim drwiące uśmiechy Kapitolińczyków. Przy moim gardle znajduje się nóż. I wtedy się budzę. Tym razem jednak nie krzyczę. Już po raz  drugi przyśnił mi się ten sam koszmar. Chociaż wiem, że powinnam się wyspać, to jednak nie potrafię znów się położyć. Nie chcę więcej o tym śnić.
Wstaję z łóżka i przechadzam się po pokoju. Nie mam zamiaru świecić światła, nie jest to potrzebne, bo blask księżyca oświetla prawie cały pokój. Dokładnie sprawdzam każdy kąt pokoju, aż w końcu natrafiam na drzwi. Dziwne. Z pewnością prowadzą do pokoju Nicholasa. Ale... Po co one tu niby są? Ocieram łzy, które kilkanaście minut temu zdążyły na nowo pojawić się na mojej twarzy i postanawiam zaglądnąć do pokoju bruneta. Otwieram drzwi i najciszej, jak tylko potrafię, zmierzam w stronę ogromnego okna. Rozciąga się z niego nieziemski widok na cały Kapitol. I pomyśleć, że Ci wszyscy ludzie mają to na co dzień.  A ja między innymi dzięki nim będę musiała zginąć. Kolejny potok łez spływa po moich policzkach. Chyba jednak powinnam zacząć się kontrolować, to ciągłe płakanie zaczyna mnie już irytować.
Jestem już w połowie drogi powrotnej do mojego pokoju, kiedy nagle zapala się lampka nad łóżkiem i słyszę głos Nicholasa.
- Amice?
- Ja... Ja przepraszam. - Wyjąkałam. Podchodzę trochę bliżej jego łóżka, chcąc się wytłumaczyć. Zamiast tego zaczynam trajkotać jak wariatka. - Nie powinno mnie tu być. Przepraszam, że Cię obudziłam. Po prostu miałam zły sen i.. i nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Boję się znów zasnąć. Miałam zamiar właśnie wyjść...
- Amice, spokojnie. Nic złego się nie stało. - Przez moment na jego twarzy widzę wahanie, ale zaraz później pociąga mnie za rękę w dół, a ja lekko opadam na łóżko, zaraz koło niego. Okrywa mnie aksamitną pościelą, po czym obejmuje mnie ramieniem.
- Co to był za zł sen? - Pyta. Zdziwiona całą sytuacją opowiadam swój koszmar, wciąż się jąkając.
- I... Chciał mnie zabić. Ale się obudziłam... - Kończę opowieść. Znów zachowuję się małe dziecko. Ale już mnie to nie obchodzi.
- Nie martw się. Póki żyję, nie pozwolę mu na to. - Odpowiada. Nie ma sensu się mu sprzeciwiać. Zdążyłam już zauważyć, ze jest uparty, więc i tak nic nie wskóram. Przytulam się do niego, a w moim sercu pojawia się złudne poczucie bezpieczeństwa.


3 komentarze:

  1. świetne to opowiadanie. pisz dalej życzę duuuużo weny. ♥

    OdpowiedzUsuń
  2. czytałam to opowiadanie, na poprzednim blogu, nie mogłam się od niego oderwać. Dodasz coś niedługo, nie mogę się doczekać. ♥

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem, na prawdę. Nie mam ostatnio zbyt dużo czasu na pisanie. Wszystkie dotychczasowe opowiadania pisałam 'na szybkiego' i niezbyt mi wychodziły. Ale obiecałam kiedyś tam przyjaciółce, że napiszę dalszą część do jednego z moich opowiadań. Tak więc założyłam z nim bloga i to w niego wkładam jak na razie najwięcej serca. Staram się wygospodarować trochę czasu, żebym nie musiała się przy nim spieszyć, jak przy poprzednich. Jeśli chcesz, to serdecznie zapraszam :)
      http://ethereal-space.blogspot.com/

      Usuń