niedziela, 21 października 2012
Chapter I
Biegnę prosto przed siebie, potykając się o ludzkie ciała. Rozpaczliwie staram się uciec, gdyż ktoś mnie goni, ale nie biegnę wystarczająco szybko. Nagle czuję na swoim ramieniu żelazny uścisk, spod którego nie mogę się wyrwać. Zostaję popchnięta na ziemię i jednym kopnięciem przewrócona na plecy. Teraz widzę przed sobą twarz prezydenta, który wpatruje się we mnie z kpiącym uśmieszkiem, a zaraz za nim rozbawionych sytuacją mieszkańców Kapitolu. Przy moim gardle pojawia się ostry, srebrny nóż i wtedy... Budzę się z wrzaskiem.
Pierwszy raz od czasów dzieciństwa przyśnił mi się koszmar. W sumie nie dziwi mnie to za bardzo, w końcu dziś dzień Dożynek. Chyba jednak krzyczałam zbyt głośno, bo obudziłam wszystkich domowników, którzy od razu zwlekli się z łóżek i zajęli się swoimi sprawami. Tata i Roesia wyszli na zewnątrz, zapewne nakarmić zwierzęta, a mama zaczęła przygotowywać śniadanie.
Nie mamy wiele czasu, bo za niedługo wszyscy musimy zebrać się na placu. Na całe szczęście i ja, i Roesia mamy bardzo małe szanse na wylosowanie. Właściwie to nawet nie mam po co tam iść, ale niestety muszę. Cóż, przynajmniej zobaczę, co takiego ciekawego organizatorzy wymyślili na pierwsze w historii Ćwierćwiecze Poskromienia. Podobno ma to być coś specjalnego. Pewnie po prostu zaprojektują jakąś wymyślną arenę. Ja przynajmniej nie widzę żadnych innych możliwości, ale Kapitol jest nieobliczalny.
Podchodzę do szafy i wyciągam z niej jakąś ładną sukienkę. W łazience szybko się przebieram i rozczesuję włosy. To by było na tyle, jestem gotowa. Kiedy wychodzę, widzę, że na stole została tylko jedna porcja jedzenia. Najwidoczniej zjedli beze mnie. Zabieram jedzenie i wychodzę za zewnątrz, do niewielkiego ogródka. Szybko zjadam, ale nie mam ochoty wracać na razie do domu. Zapewne za chwilę i tak będziemy musieli wychodzić. Tak jak myślałam, po kilku minutach rodzice i Roesia wychodzą z domu i oznajmiają, że czas iść. Moja siostra wygląda uroczo w błękitnej sukience, która pasuje do koloru jej oczu oraz pofalowanych, kruczoczarnych włosach. Widzę, że jest zdenerwowana, więc uśmiecham się do niej krzepiąco, a ona odwzajemnia uśmiech. Dołączam do reszty rodziny i szybkim krokiem przemierzamy ulice, które coraz bardziej napełniają się ludźmi, podążającymi w tym samym kierunku, co my. Na twarzach starszych osób maluje się smutek, nastolatkowie są przygnębieni, a małe dzieci biegają radośnie, nie wiedząc jeszcze, że je kiedyś też czeka taka przyszłość. Może nie każde z nich znajdzie się na arenie, ale i tak będą musiały co rok przeżywać ten koszmar. Smutne, ale prawdziwe.
W końcu dochodzimy na plac. Rodzice zostawiają nas i podążają w kierunku, w którym mają zgromadzić się dorośli. Ja natomiast przytulam Roesię, po czym każda z nas rusza do swojej grupy wiekowej. Po chwili wszyscy są już na swoich miejscach, a wszystkiego pilnują Strażnicy Pokoju. Na niewielkiej scenie pojawia się burmistrz i zaczyna czytać historię Panem. Tak jak przez ostatnie dwadzieścia pięć lat, więc mało kto go słucha. Kiedy wreszcie kończy, dostaje od jakiejś kobiety kolejną kartkę i znów rozpoczyna czytanie, tym razem dotychczasowych zwycięzców Igrzysk. Nie jest ich za wiele. Tylko dwie osoby, ale to nic dziwnego. Zazwyczaj wygrywają ludzie z początkowych dystryktów, gdyż już od pierwszych Igrzysk zaczęto ich szkolić. Od niedawna nazywa się ich Zawodowcami. Zwycięzcy wchodzą na scenę, kłaniają się, po czym siadają na wyznaczonych miejscach. Następnie na scenie pojawia się niewysoka kobieta, ubrana od stóp do głów w błękit. Nawet jej usta są w tym kolorze. Ze sztucznym uśmiechem przemierza scenę w kierunku mikrofonu.
- Witajcie kochani, witajcie! Życzę każdemu z Was wesołych Głodowych Igrzysk! I niech los zawsze Wam sprzyja. - Mówiąc to, stara się utrzymać równowagę, w czym niewątpliwie przeszkadzają jej wysokie na kilkanaście centymetrów szpilki z dodatkową platformą. - Jak wiecie, dziś przypada wyjątkowa rocznica. Dlatego wypadałoby ją uczcić! Zapewne zauważyliście, że nie mamy tutaj naszych szklanych kul z nazwiskami. - No cóż, ja tam nie zauważyłam, ale co za różnica. - Otóż dzisiejsze Dożynki będą wyglądały trochę inaczej. Każda zgromadzona tutaj osoba powyżej osiemnastego roku życia dostanie dwie karteczki. Musicie wytypować jedną dziewczynę oraz jednego chłopca w wieku od dwunastu do osiemnastu lat, który będzie Was godnie reprezentować na tegorocznych Głodowych Igrzyskach. Dystrykcie 10 - rozpocznijmy głosowanie!
Oho, no proszę. A jednak mnie zaskoczyli. Młodzież wokół zaczyna gorączkowo szeptać. Wszyscy oceniają swoje szanse, bo w końcu wiadomo, że zagłosują na tego, któremu według nich uda się przetrwać. Także ja odpadam. No bo niby kto zagłosowałby na wystraszoną dziewczynę, która nie potrafi nawet zająć się zwierzętami, bo się ich boi? A to zdecydowanie dziwne, biorąc pod uwagę fakt, że mój dystrykt ma wiele wspólnego ze zwierzętami. Wątpię również, że mogłabym zabić człowieka. Nie, na pewno mnie nie wybiorą. Rozglądam się po obecnych na placu dziewczynach i znajduję wiele wysokich, krzepkich i wyglądających na pewne siebie. Z pewnością postawią na którąś z nich.
Głosowanie dłuży się w nieskończoność. Kiedy wszystkie kartki już zostają zebrane, moje nogi zaczynają odmawiać mi posłuszeństwa i zaczynam się chwiać, a przecież trzeba jeszcze poczekać na podliczenie głosów. No nic, muszę dotrwać do końca, a potem wrócę do domu i coś mi się wydaję, że od razu pójdę spać. Jestem już zmęczona, choć dopiero co wybiła godzina dwunasta. Kiedy wreszcie głosy zostają podliczone, a 'zwycięzcy' spisani na kartce, wszyscy dosłownie padamy z nóg. W końcu musieliśmy stać przez kilka godzin na pełnym słońcu, bez picia. Gdy widzę, że kobieta, która chyba ma na imię Tracy, lecz nie jestem pewna, jakoś nie bardzo mnie to do tej pory interesowało, wychodzi na scenę, oddycham z ulgą. Wreszcie będę mogła wrócić do domu. Wszyscy zastygają w bezruchu. Na placu panuje cisza. Z zainteresowaniem zaczynam nasłuchiwać, co mówi Tracy. Na początek wybiera jednak chłopców, nie dziewczyny, jak zazwyczaj. Wywołuje na scenę dość dobrze zbudowanego chłopaka, o krótkich, brązowych włosach. Jest nim Nicholas Hulbert. Teraz kolej na dziewczynę. Ze zdziwieniem stwierdzam, że nie jest nią ta wysoka blondynka, bijąca pewnością siebie brunetka, ani mocno jak na dziewczynę zbudowana rudowłosa. To Amice Kerrich. Czyli ja.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz