środa, 24 października 2012

Chapter IV


Przedzieramy się przez tłum dziennikarzy, jednocześnie starając się odpowiadać wymijająco na pytania. 'Co na to Twoja rodzina?', 'Cieszysz się, że możesz reprezentować swój dystrykt?', 'Dlaczego trzymacie się za ręce, to coś więcej, czy tylko przyjacielski gest?', 'Jak myślisz, co się będzie działo na arenie?', 'Dlaczego wybrali akurat Ciebie?'. Czego oni ode mnie oczekują? Jak mam odpowiadać na te pytania, skoro na większość z nich nie znam odpowiedzi? Najchętniej zaszyłabym się teraz na jednej z gałęzi ogromnego drzewa za moim domem, jak to zwykle robiłam, kiedy chciałam uciec od problemów. Nie minęło wcale tak dużo czasu, a mi już zaczyna doskwierać brak rodzinnego ciepła, mojego domu. Nie ma już rodziców, którzy starali się mnie wspierać. Nie ma Ro, która zawsze potrafiła mnie rozbawić. I nie ma Freya, który śmiał się ze mnie, kiedy z paniką w oczach uciekałam przed zwierzętami, a kiedy on jeszcze żył.
Nicholas ściska mocniej moją rękę, dodając mi otuchy.Właściwie gdyby nie on, to pewnie już dawno uciekałbym stąd z wrzaskiem. Zakładając oczywiście, że Strażnikom Pokoju jakimś cudem nie udałoby się mnie zatrzymać.
W końcu dochodzimy do jakiegoś dużego budynku, gdzie wchodzimy, zostawiając za sobą tłumy wścibskich dziennikarzy.
Osuwam się po ścianie na podłogę i oddycham z ulgą. Wreszcie koszmar się skończył. O ile można to nazwać koszmarem, wiedząc, że mam trafić na arenę. Niezbyt lubię przebywać wśród ludzi. A to sporo wyjaśnia, biorąc pod uwagę fakt, że nie mam praktycznie żadnych znajomych. Nikt oprócz najbliższej rodziny nie przyszedł się ze mną pożegnać. Ale wcale się im nie dziwię. W końcu kto chciałby znać taką ciamajdę, jak ja? W tych czasach na świecie liczy się siła i wytrwałość, na słabeuszy nikt nie zwraca uwagi.
- Złotko, radzę Ci się do tego przyzwyczaić, bo w najbliższym czasie nie będziesz miała zbyt dużo czasu na ukazywanie swoich słabości w ukryciu. - Mówi do mnie Tracy, po czym rozgląda się po przestronnym holu i marszczy idealne, błękitne brwi. - Daję Wam trochę wolnego czasu, a tym czasem idę poszukać Gerarda. Ten lekkoduch kiedyś doprowadzi mnie do szału. Nigdy go nie ma, kiedy jest potrzebny. A przecież trzeba przygotować stroje dla naszych trybutów! - Odchodzi z gracją, wciąż mrucząc coś pod nosem.
- Możemy poczekać w tym pokoju. - Przerywa ciszę jeden ze zwycięzców i wskazuje na pobliskie drzwi.
Wchodzimy tam i siadamy na sofach, po dwóch stronach misternie rzeźbionego stolika.
- Czekają nas w najbliższym czasie ciężkie dni. Ale możecie być pewni, że dołożymy wszelkich starań... - Wciąż mówi, jednak ja przestaję go słuchać. Wyłapuję jeszcze tylko ich imiona. Imiona dwóch dotychczasowych zwycięzców dziesiątego dystryktu - Ranulf oraz Marsilia. Później już kompletnie wyłączam się z rozmowy. Podkulam nogi, opieram głowę o kolana i zaczynam płakać. Boże, Ci ludzie pewnie mają mnie za zwykłe dziecko, które płacze, kiedy tylko nadarzy się okazja. Chociaż nie mam im tego za złe, bo przecież tak właśnie się zachowuję. Jeśli przetrwam chociaż godzinę na arenie, to powinnam być z siebie dumna.
Nagle drzwi do pokoju się otwierają, więc wracam do rzeczywistości. Staje w nich Tracy, a zaraz za nią wysoki i dość dobrze zbudowany mężczyzna. Zakładam, że jest nim Gerard, nasz stylista, skoro to jego poszła szukać.Na mój widok Tracy kręci głową z politowaniem. Właściwie to jej współczuję. Dostała się jej pod opiekę taka oferma jak ja.
- Dostałam wiadomość od prezydenta. Przygotowania do Parady Rydwanów mamy odłożyć na jutro. Ale nie martwcie, to korzystna zmiana. Jest już dość późno, a Wy z pewnością jesteście wyczerpani. Nicholasie, Amice, chodźcie za mną, zaprowadzę Was do pokoi. - Zarządza, po czym odwraca się w stronę korytarza. Gerarda już tam nie ma. Określenie go lekkoduchem było jak widać trafne.
Podążamy za Tracy na sam koniec korytarza, do windy. Wyjeżdżamy na dziesiąte piętro, po czym stajemy przed parą drewnianych drzwi.
- Tutaj jest Twój pokój, Amice. A ten jest Nicholasa. - Wskazuje na drzwi ręką. - Ja muszę natychmiast wracać na parter odebrać ważną wiadomość. Ale myślę, że już sobie beze mnie poradzicie.
Nie czekam, aż skończy mówić. Po prostu otwieram drzwi i z trzaskiem zamykam je za sobą. Może i było to niegrzeczne, ale przecież i tak nie mam nic do stracenia. Zaglądam do ogromnej garderoby i wyjmuję z niej coś, co przypomina piżamę. Zwykły, czarny podkoszulek oraz szorty w tym samym kolorze. Następne czynności wykonuję już machinalnie. Wchodzę do łazienki, biorę prysznic, aż w końcu opadam na łóżko. Tym razem nie płaczę. Od razu zasypiam.

Znów przed czymś uciekam. Nie jestem jednak wystarczająco szybka i zostaję popchnięta na ziemię. Przed moimi oczami pojawia się Snow, a zaraz za nim drwiące uśmiechy Kapitolińczyków. Przy moim gardle znajduje się nóż. I wtedy się budzę. Tym razem jednak nie krzyczę. Już po raz  drugi przyśnił mi się ten sam koszmar. Chociaż wiem, że powinnam się wyspać, to jednak nie potrafię znów się położyć. Nie chcę więcej o tym śnić.
Wstaję z łóżka i przechadzam się po pokoju. Nie mam zamiaru świecić światła, nie jest to potrzebne, bo blask księżyca oświetla prawie cały pokój. Dokładnie sprawdzam każdy kąt pokoju, aż w końcu natrafiam na drzwi. Dziwne. Z pewnością prowadzą do pokoju Nicholasa. Ale... Po co one tu niby są? Ocieram łzy, które kilkanaście minut temu zdążyły na nowo pojawić się na mojej twarzy i postanawiam zaglądnąć do pokoju bruneta. Otwieram drzwi i najciszej, jak tylko potrafię, zmierzam w stronę ogromnego okna. Rozciąga się z niego nieziemski widok na cały Kapitol. I pomyśleć, że Ci wszyscy ludzie mają to na co dzień.  A ja między innymi dzięki nim będę musiała zginąć. Kolejny potok łez spływa po moich policzkach. Chyba jednak powinnam zacząć się kontrolować, to ciągłe płakanie zaczyna mnie już irytować.
Jestem już w połowie drogi powrotnej do mojego pokoju, kiedy nagle zapala się lampka nad łóżkiem i słyszę głos Nicholasa.
- Amice?
- Ja... Ja przepraszam. - Wyjąkałam. Podchodzę trochę bliżej jego łóżka, chcąc się wytłumaczyć. Zamiast tego zaczynam trajkotać jak wariatka. - Nie powinno mnie tu być. Przepraszam, że Cię obudziłam. Po prostu miałam zły sen i.. i nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Boję się znów zasnąć. Miałam zamiar właśnie wyjść...
- Amice, spokojnie. Nic złego się nie stało. - Przez moment na jego twarzy widzę wahanie, ale zaraz później pociąga mnie za rękę w dół, a ja lekko opadam na łóżko, zaraz koło niego. Okrywa mnie aksamitną pościelą, po czym obejmuje mnie ramieniem.
- Co to był za zł sen? - Pyta. Zdziwiona całą sytuacją opowiadam swój koszmar, wciąż się jąkając.
- I... Chciał mnie zabić. Ale się obudziłam... - Kończę opowieść. Znów zachowuję się małe dziecko. Ale już mnie to nie obchodzi.
- Nie martw się. Póki żyję, nie pozwolę mu na to. - Odpowiada. Nie ma sensu się mu sprzeciwiać. Zdążyłam już zauważyć, ze jest uparty, więc i tak nic nie wskóram. Przytulam się do niego, a w moim sercu pojawia się złudne poczucie bezpieczeństwa.


wtorek, 23 października 2012

Chapter III


Budzi mnie delikatne stukanie w drzwi. Przecieram oczy i staram się przypomnieć sobie, gdzie się znajduję. Dożynki. Wybory trybutów. Nicholas. Ja. No tak, wszystko jasne. Drzwi się otwierają, a moim oczom ukazuje się Nicholas.
Za niedługo będziemy wysiadać. Powinnaś... powinnaś się chyba przygotować, zanim staniemy przed kamerami. - Mówi prosto z mostu, choć na jego twarzy maluje się współczucie. Doskonale wiem, że wyglądam teraz okropnie. Zapuchnięte i podkrążone oczy, wymięte ubrania oraz nadgryzione wargi. Tak, nadgryzione. To zwykle mi pomaga, kiedy się denerwuję. I nie potrafię tego kontrolować.
Podchodzę do szafy i zaczynam oglądać ubrania, nie zwracając uwagi na bruneta wciąż stojącego w drzwiach. W końcu zamyka je i siada w fotelu. Zdezorientowana odwracam się z ubraniami w ręku i patrzę na niego pytającym wzrokiem. Po chwili wahania odpowiada:
Wygramy. Musimy wygrać.
Wiedziałam, że w końcu przyjdzie czas na tą rozmowę, ale dopiero teraz uświadomiłam sobie, jak bardzo nie chcę, żeby się odbyła. Bo będę musiała go zawieść. Siadam więc na łóżku naprzeciw Nicholasa, spoglądam prosto w jego oczy i mówię:
Nie, nie wygramy. Ty wygrasz. A przynajmniej mam taką nadzieję. I postaram się pomóc Ci, dopóki ktoś z nich mnie nie zabije. Lub dopóki moja niedołężność nie zrobi tego za mnie.
Co Ty wygadujesz? - Odpowiada rozzłoszczony. - Nawet tak nie myśl. Nie możesz zginąć. Albo wracamy oboje, albo nie wraca żadne z nas. 
Jego sprzeciw trochę utrudnia mi zadanie. Miałam nadzieję, że pójdzie gładko. Mam zamiar zacząć tłumaczyć mu, że to bez sensu, ale nagle drzwi się otwierają, a do pokoju wpada Tracy.
Kochani, zaraz dojeżdżamy... Och na Miłość Boską! Dziecko, jak Ty wyglądasz! - Spogląda na mnie ze strachem w oczach. Jej podopieczna powinna za chwilę znaleźć się przed kamerami pięknie ubrana, z dopasowanym makijażem i ciekawą fryzurą. Jednym słowem powinna być ideałem. No cóż, ja nim nie jestem. Dlatego właśnie szybkim machnięciem ręki nakazuje wyjść Nicholasowi, a mi każe się natychmiast ubrać. Następnie nakłada na moją twarz makijaż i w zaskakująco szybkim tempie układa mi fryzurę. Efekt jest na prawdę zachwycający. Powinna raczej zostać stylistką w Kapitolu, a nie opiekunem trybutów z najgorszego dystryktu. Wyprowadza mnie na korytarz i kieruje w stronę reszty pasażerów, którzy są już idealnie ustawieni i w spokoju czekają, aż pociąg się zatrzyma. Staję obok Nicholasa i zaczynam przygryzać wargi, co spotyka się z oburzeniem Tracy. Staram się więc opanować, ale ani trochę mi to nie wychodzi, więc zaczynam trząść się jak galareta. Dopiero kiedy spoglądam na bruneta, zauważam, że kurczowo trzymam się jego ręki. Natychmiast ją puszczam.
Nie, nie! Złap go za rękę. Jeśli kamery to uchwycą, to przy następnej okazji zwrócą na Was więcej uwagi. - Sprzeciwia się mężczyzna, który jest jednym ze zwycięzców. Kiedy tylko kończy, odzywa się kobieta stojąca obok niego. Zapewne również należy do tego wąskiego grona zwycięzców dwunastego dystryktu, lecz nie jestem pewna, nie zwracałam na nich zbytniej uwagi na dożynkach.
Trybuci, którzy będą musieli zwrócić się przeciwko sobie, wychodzą z pociągu trzymając się za ręce. Doskonale! Może nawet uznają ich za kogoś więcej niż przyjaciół! - Wydaje się wniebowzięta.
Przecież mówiliście, że może wygrać dwójka... - Zwracam się do nich zdziwiona, ale odpowiadają mi zanim kończę.
Publiczność jeszcze o tym nie wie.
Z niechęcią spoglądam na rękę Nicholasa. Przecież to nie ma sensu. Czemu miałabym trzymać za rękę kogoś, kogo prawie w ogóle nie znam? Kapitol doskonale o tym wie, więc po co udawać? Moje rozmyślania przerywa jednak Nicholas, który zdecydowanym ruchem łapie mnie za rękę. W tym momencie drzwi się rozsuwają, moje oczy zostają oślepione przez blask fleszy, a w głowie zaczyna wirować od przekrzykujących się dziennikarzy, którzy chcą zadać nam pytania. Coś mi się wydaje, że nie pójdzie to tak łatwo, jak myślałam i nie będę mogła po prostu tu zginąć. Najpierw będą chcieli przerobić mnie na kolejny produkt Kapitolu, pozwolić mi zasmakować sławy, żebym potem mogła zginąć w męczarniach. Jeśli ktoś myśli, że Igrzyska zaczynają się dopiero na arenie, to grubo się myli. 'Panie i Panowie, XXV Głodowe Igrzyska uważam za otwarte'.

----------------------------------------------------------------------------------------

Nikt nie komentuje :c Zaczynam wątpić, czy zakładanie nowego bloga specjalnie dla FF było dobrym pomysłem.

poniedziałek, 22 października 2012

Chapter II


Amice, złotko, zapraszamy na scenę! - Wciąż nie mogę uwierzyć w to, co się dzieje. To chyba jakaś kpina. Ja? Kto przy zdrowych zmysłach głosuje na wiecznie wystraszoną dziewczynę, z nadzieją, że wygra Igrzyska? A może jednak wybrali osobę, po której śmierci mało kto będzie płakał? Tak, raczej na pewno to zrobili. No to świetnie Amice, świetnie, najbliższe dni cudownie się zapowiadają. 
Ruszam w stronę sceny, ponieważ Strażnicy Pokoju zaczynają się zbliżać w moją stronę, a ja nie chce mieć z nimi do czynienia. Powoli wychodzę po niewysokich schodkach i staję obok Tracy. 
Możliwe, że niektórzy z Was rozważają opcję zgłoszenia się na ochotnika. Ale przykro mi, nie tym razem. Dziś nie przyjmujemy ochotników, kochani. - Mówi z dziwnym wyrazem na twarzy. Tak, jakby nam współczuła. Niby czemu miałaby to robić? Mieszka w Kapitolu, a tam Igrzyska są ich główną atrakcją. Nie ma współczucia. Z tymi ochotnikiem też raczej się pomyliła. Tutaj nikt nigdy nie chce nim być. - A teraz nagrodźmy brawami naszych trybutów! - W tłumie rozlegają się ciche brawa. Po chwili milkną. W tym momencie zauważam moją siostrę, a zaraz później rodziców. Płaczą. I po co ja się tak rozglądam? Nie mogę się teraz rozpłakać. To tylko pokaże, jak bardzo jestem bezsilna. A ja nie mam zamiaru dawać im wszystkim tej satysfakcji. Przymykam oczy i oddycham głęboko. To mnie na chwilę uspokoi. Burmistrz dostaje kolejną kartkę i tym razem rozczytuje się w Traktacie o Zdradzie. Kiedy wreszcie kończy, każą nam uścisnąć sobie dłonie. Po chwili rozbrzmiewa hymn Panem, a następnie zostajemy otoczeni grupką Strażników, którzy pchają nas w stronę Pałacu Sprawiedliwości. Jeden ze Strażników otwiera przed nami drzwi, a następnie pokazuje na dwa oddzielne pokoje. To tam musimy się udać. Wchodzę do tego pierwszego i czekam, aż będę mogła pożegnać się z rodziną. Wciąż nie mogę uwierzyć w to, co się dzieje. Jak oni mogli mi to zrobić? Na prawdę jestem aż tak mało wartościowa? Niechciana, niepotrzebna? Rozumiem, że nie chcieli tracić nikogo, kto mógłby pomagać tu, w 10 dystrykcie, więc wybrali kogoś, kto jest mało przydatny. Przynajmniej nie wybrali mojej siostry, będzie mogła tutaj zostać i pomagać rodzicom. Jeśli w następnych Igrzyskach ją wylosują, to nie pozostanie im już nikt. Kilka lat temu Igrzyska zabrały mojego brata. Mógł wygrać, był jedną z ostatnich trzech osób na Arenie. Ale niestety, nie udało mu się. Był zbyt wyczerpany, żeby się bronić. Teraz stracą mnie. Wątpię, żebym była nawet w ostatniej dziesiątce. Jeśli następna będzie moja siostra, to nie będzie za ciekawie. 
W tym momencie drzwi otwierają się i do pokoju wpada moja siostra. Ma zapuchnięte i zaczerwienione od płaczu oczy. Od razu rzuca mi się w ramiona i wtula w materiał sukni. Za nią widzę rodziców, którzy też podchodzą i mnie przytulają. Wtedy i ja się rozklejam, chociaż dobrze wiem, że nie powinnam. Muszę się jednak opanować, w końcu czekają na mnie kolejne kamery. 
Ro, nie wolno Ci zgłaszać się po astragale. Wcześniej robił to Draven, ale później wyszliśmy na prostą. Na razie nie będziecie potrzebować astragali, ale nigdy nic nie wiadomo. Nie wolno Ci tego robić, zrozumiałaś? - Delikatnie nią potrząsam, a ona niemal niewidzialnie przytakuje głową.
Jesteś dzielna, Amice, prawda? Wygrasz. Musisz wygrać. - Z łzami w oczach mówi moja siostra, a rodzice uważnie się przysłuchują.
- Jasne Ro, spróbuję. Są duże szanse, że mi się uda. - Wypowiadam te słowa, chociaż dobrze wiem, że to jedno, wielkie kłamstwo. Ale muszę dać im nadzieję, chociażby tylko przez ten krótki czas. W drzwiach pojawia się Strażnik i każe mojej rodzinie opuścić pokój. Szybko przytulam wszystkich, po czym posyłam kolejny pokrzepiający uśmiech Roesii. Stara się go odwzajemnić, ale wychodzi z tego tylko kolejna porcja łez. Strażnik z trzaskiem zamyka za sobą drzwi, ale po chwili wraca i wyprowadza mnie na zewnątrz. Ani rodziców, ani Ro nie widzę już nigdzie po drodze na dworzec, chociaż nieustannie się rozglądam. Pewnie nie mogli już na to patrzeć, nie dziwię im się. Kiedy wreszcie możemy wejść do wagonu, oddycham z ulgą. Od razu uderza mnie słodki, owocowy zapach. Dostrzegam luksus tego miejsca. Wszystkie meble, nawet zwykła ramka na obraz, są zrobione z najdroższych możliwych materiałów, na jakie nigdy w życiu nie byłoby mnie stać. Przede mną pojawia się Tracy i prowadzi do oddzielnej sypialni. Pokazuje mi szafę pełną ubrań, przestronną łazienkę, po czym oznajmia, że za dwadzieścia minut muszę przyjść na posiłek i wychodzi ze smutną miną. Biorę szybki prysznic, a następnie kieruję się w stronę szafy. Jest tutaj masa ubrań, których przenigdy bym nie założyła. Jaskrawe, wymyślne sukienki i dziwne kombinezony. Decyduję się na najzwyklejsze spodnie, jakie mogłam znaleźć, które przylegają do ciała oraz kremowy sweterek. Wychodzę z sypialni i wracam do głównego wagonu. Przede mną stoi obficie zastawiony stół, lecz nikt jeszcze przy nim nie zasiadł. Wagon jest pusty, ale postanawiam zająć jakieś miejsce. Po kilku minutach zjawiają się już wszyscy, więc zaczynamy jeść. Chociaż potrawy wyglądają przepysznie, to jednak nie mam większej ochoty na jedzenie. Pierwszy odzywa się mężczyzna siedzący po przeciwnej stronie stołu. Nie wiem jak ma na imię, nie interesowałam się zwycięzcami Igrzysk.
Mam dla Was pocieszającą wiadomość. Dostałem właśnie informację, że prezydent Snow zastanawia się nad dopuszczeniem zwycięstwa dwóch trybutów, a nie jednego, jak dotychczas.
- Czemu niby miałby to robić? - Pytam podejrzliwie.
- Niedawno rozpoczęła się jego kadencja, więc chce pokazać, że nie jest taki zły, jak go piszą. Ale i tak chce postawić warunki. Wygrani trybuci nie mogą być tej samej płci, ani w tym samym wieku. Dystrykt natomiast nie ma znaczenia. Taka ulga byłaby możliwa tylko w tym roku, więc miejmy nadzieję, że prezydent wprowadzi ją w życie. - Wymieniam porozumiewawcze spojrzenia z Nicholasem. To by oznaczało, że moglibyśmy wygrać. To znaczy, oczywiście, gdybym ja nie była taką niezdarną i strachliwą dziewczynką. Oby jednak wprowadzono tą zasadę, bo na prawdę chcę wrócić do domu. Nicholas z pewnością też. O ile dobrze pamiętam, nie ma rodziców od dwóch lat i musi samotnie opiekować się dwiema młodszymi siostrami. Ciekawa jestem, co się z nimi teraz stało. Mam nadzieję, że są pod dobrą opieką, bo nie byłoby za ciekawie, gdyby trafiły na przykład do Strażników Pokoju. Nie jest to zbyt realne, ale podobno możliwe, jeśli nie ma żadnego innego wyboru. 
Zamiast jednak spróbować porozmawiać z Nicholasem, po posiłku kieruję się prosto do swojego pokoju. Nie obchodzi mnie teraz, że koniecznie muszę z nim porozmawiać. Nie obchodzi mnie, że powinnam się przygotować na wyjście z pociągu na dworzec, gdzie będą czekać na nas tłumy ludzi. Nie obchodzi mnie nawet, że może właśnie w tej chwili Nicholas dostaje od zwycięzców jakieś dobre rady.  Po prostu padam na łóżko i zaczynam płakać.

niedziela, 21 października 2012

Chapter I


Biegnę prosto przed siebie, potykając się o ludzkie ciała. Rozpaczliwie staram się uciec, gdyż ktoś mnie goni, ale nie biegnę wystarczająco szybko. Nagle czuję na swoim ramieniu żelazny uścisk, spod którego nie mogę się wyrwać. Zostaję popchnięta na ziemię i jednym kopnięciem przewrócona na plecy. Teraz widzę przed sobą twarz prezydenta, który wpatruje się we mnie z kpiącym uśmieszkiem, a zaraz za nim rozbawionych sytuacją mieszkańców Kapitolu. Przy moim gardle pojawia się ostry, srebrny nóż i wtedy... Budzę się z wrzaskiem.
Pierwszy raz od czasów dzieciństwa przyśnił mi się koszmar. W sumie nie dziwi mnie to za bardzo, w końcu dziś dzień Dożynek. Chyba jednak krzyczałam zbyt głośno, bo obudziłam wszystkich domowników, którzy od razu zwlekli się z łóżek i zajęli się swoimi sprawami. Tata i Roesia wyszli na zewnątrz, zapewne nakarmić zwierzęta, a mama zaczęła przygotowywać śniadanie. 
Nie mamy wiele czasu, bo za niedługo wszyscy musimy zebrać się na placu. Na całe szczęście i ja, i Roesia mamy bardzo małe szanse na wylosowanie. Właściwie to nawet nie mam po co tam iść, ale niestety muszę. Cóż, przynajmniej zobaczę, co takiego ciekawego organizatorzy wymyślili na pierwsze w historii Ćwierćwiecze Poskromienia. Podobno ma to być coś specjalnego. Pewnie po prostu zaprojektują jakąś wymyślną arenę. Ja przynajmniej nie widzę żadnych innych możliwości, ale Kapitol jest nieobliczalny.
Podchodzę do szafy i wyciągam z niej jakąś ładną sukienkę. W łazience szybko się przebieram i rozczesuję włosy. To by było na tyle, jestem gotowa. Kiedy wychodzę, widzę, że na stole została tylko jedna porcja jedzenia. Najwidoczniej zjedli beze mnie. Zabieram jedzenie i wychodzę za zewnątrz, do niewielkiego ogródka. Szybko zjadam, ale nie mam ochoty wracać na razie do domu. Zapewne za chwilę i tak będziemy musieli wychodzić. Tak jak myślałam, po kilku minutach rodzice i Roesia wychodzą z domu i oznajmiają, że czas iść. Moja siostra wygląda uroczo w błękitnej sukience, która pasuje do koloru jej oczu oraz pofalowanych, kruczoczarnych włosach. Widzę, że jest zdenerwowana, więc uśmiecham się do niej krzepiąco, a ona odwzajemnia uśmiech. Dołączam do reszty rodziny i szybkim krokiem przemierzamy ulice, które coraz bardziej napełniają się ludźmi, podążającymi w tym samym kierunku, co my. Na twarzach starszych osób maluje się smutek, nastolatkowie są przygnębieni, a małe dzieci biegają radośnie, nie wiedząc jeszcze, że je kiedyś też czeka taka przyszłość. Może nie każde z nich znajdzie się na arenie, ale i tak będą musiały co rok przeżywać ten koszmar. Smutne, ale prawdziwe.
W końcu dochodzimy na plac. Rodzice zostawiają nas i podążają w kierunku, w którym mają zgromadzić się dorośli. Ja natomiast przytulam Roesię, po czym każda z nas rusza do swojej grupy wiekowej. Po chwili wszyscy są już na swoich miejscach, a wszystkiego pilnują Strażnicy Pokoju. Na niewielkiej scenie pojawia się burmistrz i zaczyna czytać historię Panem. Tak jak przez ostatnie dwadzieścia pięć lat, więc mało kto go słucha. Kiedy wreszcie kończy, dostaje od jakiejś kobiety kolejną kartkę i znów rozpoczyna czytanie, tym razem dotychczasowych zwycięzców Igrzysk. Nie jest ich za wiele. Tylko dwie osoby, ale to nic dziwnego. Zazwyczaj wygrywają ludzie z początkowych dystryktów, gdyż już od pierwszych Igrzysk zaczęto ich szkolić. Od niedawna nazywa się ich Zawodowcami. Zwycięzcy wchodzą na scenę, kłaniają się, po czym siadają na wyznaczonych miejscach. Następnie na scenie pojawia się niewysoka kobieta, ubrana od stóp do głów w błękit. Nawet jej usta są w tym kolorze. Ze sztucznym uśmiechem przemierza scenę w kierunku mikrofonu.
Witajcie kochani, witajcie! Życzę każdemu z Was wesołych Głodowych Igrzysk! I niech los zawsze Wam sprzyja. - Mówiąc to, stara się utrzymać równowagę, w czym niewątpliwie przeszkadzają jej wysokie na kilkanaście centymetrów szpilki z dodatkową platformą. - Jak wiecie, dziś przypada wyjątkowa rocznica. Dlatego wypadałoby ją uczcić! Zapewne zauważyliście, że nie mamy tutaj naszych szklanych kul z nazwiskami. - No cóż, ja tam nie zauważyłam, ale co za różnica. - Otóż dzisiejsze Dożynki będą wyglądały trochę inaczej. Każda zgromadzona tutaj osoba powyżej osiemnastego roku życia dostanie dwie karteczki. Musicie wytypować jedną dziewczynę oraz jednego chłopca w wieku od dwunastu do osiemnastu lat, który będzie Was godnie reprezentować na tegorocznych Głodowych Igrzyskach. Dystrykcie 10 - rozpocznijmy głosowanie!
Oho, no proszę. A jednak mnie zaskoczyli. Młodzież wokół zaczyna gorączkowo szeptać. Wszyscy oceniają swoje szanse, bo w końcu wiadomo, że zagłosują na tego, któremu według nich uda się przetrwać. Także ja odpadam. No bo niby kto zagłosowałby na wystraszoną dziewczynę, która nie potrafi nawet zająć się zwierzętami, bo się ich boi? A to zdecydowanie dziwne, biorąc pod uwagę fakt, że mój dystrykt ma wiele wspólnego ze zwierzętami. Wątpię również, że mogłabym zabić człowieka. Nie, na pewno mnie nie wybiorą. Rozglądam się po obecnych na placu dziewczynach i znajduję wiele wysokich, krzepkich i wyglądających na pewne siebie. Z pewnością postawią na którąś z nich.
Głosowanie dłuży się w nieskończoność. Kiedy wszystkie kartki już zostają zebrane, moje nogi zaczynają odmawiać mi posłuszeństwa i zaczynam się chwiać, a przecież trzeba jeszcze poczekać na podliczenie głosów. No nic, muszę dotrwać do końca, a potem wrócę do domu i coś mi się wydaję, że od razu pójdę spać. Jestem już zmęczona, choć dopiero co wybiła godzina dwunasta. Kiedy wreszcie głosy zostają podliczone, a 'zwycięzcy' spisani na kartce, wszyscy dosłownie padamy z nóg. W końcu musieliśmy stać przez kilka godzin na pełnym słońcu, bez picia. Gdy widzę, że kobieta, która chyba ma na imię Tracy, lecz nie jestem pewna, jakoś nie bardzo mnie to do tej pory interesowało, wychodzi na scenę, oddycham z ulgą. Wreszcie będę mogła wrócić do domu. Wszyscy zastygają w bezruchu. Na placu panuje cisza. Z zainteresowaniem zaczynam nasłuchiwać, co mówi Tracy. Na początek wybiera jednak chłopców, nie dziewczyny, jak zazwyczaj. Wywołuje na scenę dość dobrze zbudowanego chłopaka, o krótkich, brązowych włosach. Jest nim Nicholas Hulbert. Teraz kolej na dziewczynę. Ze zdziwieniem stwierdzam, że nie jest nią ta wysoka blondynka, bijąca pewnością siebie brunetka, ani mocno jak na dziewczynę zbudowana rudowłosa. To Amice Kerrich. Czyli ja.

Trybuci


Trybuci 25 Głodowych Igrzysk:

Dystrykt 1: 
Beatrice Kinsey - 15 lat
Blacwin Wymer - 17 lat
Dystrykt 2:
Marsilia Leavey - 14 lat
Hervey Elward - 16 lat
Dystrykt 3:
Felicia Leavold - 17 lat
Savaric Allnatt - 12 lat
Dystrykt 4:
Nesta Frewer - 13 lat
Herlewin Bedloe - 18 lat
Dystrykt 5:
Ellen Averay - 16 lat
Warin Cobbald - 13 lat
Dystrykt 6:
Lora Quenell - 17 lat
Maurice Kenway - 15 lat
Dystrykt 7:
Amiria Seavers - 15 lat
Forwin Goldhawk - 13 lat
Dystrykt 8: 
Joan Halding - 18 lat
Leofwin Milborrow - 15 lat
Dystrykt 9:
Clarice Yonwin - 12 lat
Ralph Winney - 17 lat
Dystrykt 10:
Amice Kerrich - 17 lat
Nicholas Hulbert - 18 lat
Dystrykt 11:
Estrilda Brunwin - 14 lat
Fabian Orrick - 16 lat
Dystrykt 12:
Cicely Elvey - 13 lat
Philip Ashwin - 15 lat

Przypominam, że wszystkie postacie są przeze mnie wymyślone, nie znajdziecie o nich żadnych informacji w książkach.

25th Hunger Games!

Welcome, welcome!

Wcześniej to FF było prowadzone na blogu Scream Your Dream, ale zdecydowałam się przenieść je na nowy blog.

Życzę miłej lektury :)

I niech los zawsze Wam sprzyja!